piątek, 11 kwietnia 2008

agresja kobiet i zmiany


Trudno jest być feministką. Dlaczego?
Nie lubię agresji, bowiem kojarzy mi się z testosteronem... ten z estrogenami jest nieco inny, ale równie drapieżny. Na szczęście kobiety szybciej się podrapią i pogryzą niż zadźgają, czy zastrzelą...
Agresja to również poglądy i słowa.
Nie podoba mi się agresja feministek, które czasami swoją frustrację chciałyby wyrazić nader drastycznie. Rozumiem kobiecą frustrację, która mnie nie omija. W tym ogniu złości i innych emocji szukam jednak drogi dialogu (nie zawsze sie udaje). Potrafię zapalić się błyskawicznie i szybko spłonąć, jednak wiem, że więcej wtedy tracę niż wywalczę.
Agresja jest zarówno po stronie samych feministek, jak i po stronie kobiet, które nie chcą, nie potrzebują zmian i chętnie by "pogryzły" feministki, albo przynajmniej powyrywały im włosy.
Czy kiedyś widziałaś/-eś jak walczą kobiety? No cóż to gatunek targi-komedii, można się pośmiać :)))


A poważnie: kobiety, które odkryją bogactwo kobiecości najpierw w sobie, a następnie w każdej innej spotkanej kobiecie, na pewno nie będą wyciągały szponów. Teologia feministyczna dąży do tego by same kobiety umiały zachwycić się sobą, swoją kobiecością i bogactwem. I wcale nie musi być to "zamach" na świat chrześcijański, na Kościół czy na Stwórcę.
Nie oznacza to łagodności kojarzonej z biernością czy brakiem charakteru.
Kobiety mają przed sobą długą drogę, aby budować kobiecość jako wartość samą w sobie, na przekór tysiącom lat filozofii dualistycznej, która rozumiała kobiecość, jako niedoskonałą męskość. Patriarchalny system prowadzi do kompleksu kobiecości i stwarza w samych kobietach agresję, najpierw wobec samej siebie (źle się czuję będąc kobietą) i wobec innych kobiet (brak szacunku, zazdrość, rywalizacja).
Warto zastanowić się nad kategorią siostrzanej solidarności, która ma łączyć kobiety i budować swoiste kobiece porozumienie.

Oczywiście uciekam od kategoryzowania i nazywania tego, co kobiece. Dlaczego? Bowiem wszystko jest kobiece, co dotyczy kobiet, a tutaj trudno wstawić jedne przymiotniki, rzeczowniki w kontraście do drugich, bo powoduje to jedynie dziwną polaryzację i błędne dualistyczne poglądy. Dlatego, to, co w nas kruche, wrażliwe, opiekuńcze - jest ludzkim wyrazem naszej wrażliwości, to, co silne, waleczne, dominujące - wskazuje na siłę naszego, ludzkiego, charakteru.

Strasznie mnie cieszą rozwijające sie od niedawna w Polsce różne warsztaty psychologiczne, które mają na celu aktywizację kobiet, budowanie samoświadomości (na poziomie fizycznym i myślowym) oraz grupowe zajęcia integrujące kobiety.
Tam właśnie widzę pozytywną zmianę, którą bardziej doceniam niż lewackie feministki w Polsce.
Ale te ostatnie też szanuję, choć się w wielu aspektach nie zgadzam.

Na koniec cytat ze znanego polskiego filmu: Liga rządzi, liga radzi, liga nigdy Cię nie zdradzi! :)

sobota, 29 marca 2008

się nie zgadzam ze wszystkim

Kazimierz Ślęczka beztrosko stwierdza w swojej książce ”Feminizm...”: „Zdobądźmy się na szczerość... przyjemnie jest być kobietą”. Feministki głośno krzyczą, że każda kobieta jest ofiarą kultury, zaś ks. Dziewiecki pisze, że maskulinizm uprawiają skrajne feministki, które nie rozumieją lub nie chcą rozumieć geniuszu kobiety . Te całkiem nieraz rozbieżne poglądy nie wynikają jedynie z konfliktu interesów, braku zrozumienia czy rozbieżności w interpretacji; lecz są dowodem na to, że ruchu feministycznego nie da się zamknąć w jednej definicji, jednej książce czy jednej epoce. Ruch feministyczny ma swój początek, jednak nie widać jego końca, nie wiemy jak dalej będzie się on rozwijał, jakie transformacje przejdzie i gdzie osiągnie swój cel. Dzisiejszy feminizm sięga po coraz nowe obszary myśli społecznej, filozoficznej, moralnej... i coraz więcej kontrowersji wiąże się ze sprowadzaniem tych ruchów do jednego mianownika słownego - „feminizm”.

Jestem feministką, ale nie utożsamiam się ze wszystkimi postulatami i formami feminizmu. Najmniej utożsamiam się z feminizmem radykalnym "trzeciej fali". Postulaty tego ruchu stoją w sprzeczności z normami moralnymi chrześcijaństwa i - moim zdaniem-w sprzeczności z szeroko pojętym dobrem i wolnością każdej jednostki.
Mały przykład: u podstaw feminizmu radykalnego leży teza, że źródłem uprzedmiotowienia i uzależnienia kobiet od mężczyzn jest biologiczna natura. Słabość kobiety spowodowana rodzeniem dzieci uzależnia ja od mężczyzny, dlatego warunkiem wyzwolenia kobiety jest rewolucja biologiczna, której owocem byłoby uniezależnienie rodzenia i wychowania potomstwa od płci. Każda kobieta, zdaniem f. radykalnych, ma prawo, do decydowania czy chce posiadać potomstwo oraz czy chce je sama urodzić. Radykalny feminizm nie zmierza do zapewnienia kobietom prawa do samostanowienia o swojej roli społecznej, lecz stawia sobie za cel zniesienie tych praw w ogóle. Ponieważ źródła porządku społecznego radykalne feministki upatrują w rodzinie, dlatego warunkiem zniesienia ról społecznych jest likwidacja rodziny. W społeczeństwie wolnym od rodzin zniknie wszelka opresja seksualna i rozróżnienia seksualnych zachowań heteroseksualnych od homoseksualnych, pożycia małżeńskiego od pozamałżeńskiego .

Totalny brak zrozumienia dla kwestii relacji międzyludzkich oraz nieporozumienie w kategorii rozumienia rodziny, dobra jednostki, seksualności itp.
Kosmitki a nie feministki.

emancypacja po polsku

Emancypacja po polsku[1]

Odrębność sytuacji kobiet w Polsce, w porównaniu z innymi krajami, wynika z wielu przyczyn. Już Polska szlachecka, w której 10% stanowiła szlachta, patrzyła na kobietę przez pryzmat etosu rycerskiego, w którym kobieta była zawsze obiektem romantycznych uczuć. Istotną rolę pełni również nasza burzliwa i wyjątkowa historia XIX wieku – ponad stuletnie zabory, ciągłe wojny i powstania sprawiły, że istotną rolę w rodzinie pełniły kobiety, które brały odpowiedzialność nie tylko za przekazywanie wartości religijnych i patriotycznych. Częstokroć kobiety przyjmowały role męskie, prowadziły gospodarstwa, interesy i firmy rodzinne. Były odpowiedzialne za kondycję ekonomiczną rodziny, czy nawet szerzej rozumianego sąsiedztwa (poddane rodziny chłopskie w przypadku majątków szlacheckich). Wychowanie i kształcenie dzieci podczas zaborów stało się sprawą polityczną. Właśnie kobiety zajmowały się edukacją domową i stosunkowo wcześnie w porównaniu z innymi krajami, bowiem już w drugiej połowie XIX wieku, zaczęły wykonywać zawód nauczycielki[2]. Kiedy mężczyźni byli represjonowani, zsyłani na Sybir i więzieni, kształtował się w Polsce symbol Matki-Polki, czyli kobiety łączącej funkcje macierzyńskie i rodzinne z działalnością patriotyczną. Z tak silnie ukształtowana pozycją Polki wkroczyły w XX wiek i w miarę szybko, bo już w 1918 przy odzyskaniu niepodległości, uzyskały prawa wyborcze, bez walki o nie. Kolejnym krokiem były różne rozwiązania prawne (ustawy), które zrównywały mężczyzn i kobiety w dziedzinie prawa cywilnego, zapewniały opiekę społeczną oraz regulowały zasady pracy kobiet i młodocianych. Stawiało to Polskę w grupie krajów przodujących w dziedzinie prawnych regulacji systemu zabezpieczeń społecznych. Kiedy w 1920 roku kobiety uzyskały prawo do studiowania na wyższych uczelniach bez ograniczeń, to np. na Uniwersytecie Warszawskim studiowało przeszło 40% kobiet. Stanowiło to jeden z najwyższych odsetków w Europie. Powstała specyficzna kultura kobieca, obejmująca swym zasięgiem sprawy społeczne i politykę. Po II WŚ komunizm traktował emancypację kobiet jako sposób na wprowadzenie nowego ustroju, a nie realizację potrzeb kobiet. Oprócz wielu innych efektów, z hasłami równości na czele (symboliczna kobieta na traktorze i kobietą – kapitanem statku), zaowocował podziałem na państwo i społeczeństwo. Tym samym wspólną walką mężczyzn i kobiet w powojennej Polsce, było domaganie się praw obywatelskich. Kwestia równości praw, których się nie posiada zamyka się w abstrakcji. Odskocznią był Kościół w Polsce. Należy, bowiem zaznaczyć, że oprócz uwarunkowań historycznych, na pozycje kobiet w społeczeństwie polskim, miał silny wpływ katolicyzm i wrażliwość religijna Polaków. Silnie rozbudowany kult maryjny, niezrozumiały nawet dla wielu katolików z innych krajów, wpływa niewątpliwie na postrzeganie kobiet.

Temat równości płci na polskim gruncie powrócił w nowych odcieniach w latach osiemdziesiątych, kiedy ruchy kobiece zaczęły ulegać wpływom amerykańskim. Obecnie polski feminizm kojarzy się z lewicowymi ruchami bardziej radykalnych postulatów, jak prawo do aborcji, uznawanie związków homoseksualnych oraz emancypacja od tradycyjnych form, autorytetów, etyki, religii, hierarchii i rodziny[3].

Czołowe polskie feministki, działające dzisiaj w polityce, to Izabela Jaruga-Nowacka (była wicepremier), Danuta Waniek (była przewodnicząca Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji) Anna Bańkowska (posłanka SLD), Magdalena Środa (była pełnomocnik rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn), Maria Szyszkowska (była senatorka SLD).

Główne organizacje zrzeszające feministki w Polsce: Fundacja Kobieca eFKa (Beata Kozak), Zieloni 2004 (Magda Mosiewicz, Kinga Dunin, Agnieszka Graff, Kazimiera Szczuka), Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny (Wanda Nowicka), Fundacja Ośrodek Informacji Środowisk Kobiecych OŚKa (Agnieszka Grzybek), Stowarzyszenie Kobiet Konsola (Izabela Kowalczyk), Demokratyczna Unia Kobiet (Renata Berent-Mieszczanowicz; przewodniczącą kiedyś była Danuta Waniek), Liga Kobiet Polskich (Apolonia Klepacz; przewodniczącą kiedyś była Izabela Jaruga-Nowacka), Porozumienie Kobiet 8 Marca (Agnieszka Graff), Parlamentarna Grupa Kobiet (Dorota Kempka)[4].
............................................
[1] W oparciu o: Alina Kozińska – Bałdyga, Kobiety, feminizm, demokracja, Więź 1(417), Warszawa 1998, ss.45-54. [2] Tamże, s. 46.
[3] Bronisław Wildstein, Kobiecizm kontra kobiecość, Wprost, Nr 1162, Warszawa 2005. [4] Tamże.

teologia feministyczna w wersji pop

Ze spotkania feminizmu i teologii ponad 30 lat temu, wyłoniła się teologia feministyczna[1]. Feminizm jest tutaj konsekwencją prawdy o równej godności kobiet i mężczyzn, głoszonej przez chrześcijaństwo. Równocześnie jednak feminizm jest w teologii nurtem krytycznym wobec długowiekowej tradycji teologii, uprawianej głównie przez mężczyzn. Stąd teologia feministyczna uznaje tradycję za androcentryczną, z uwagi na sposób myślenia, który - często nieświadomie – stawia w centrum zamiast człowieka – mężczyznę[2]. Feminizm w teologii stawia takie samo pytanie Kościołowi, jakie stawia i społeczeństwu: czy (a jeśli tak, to gdzie i w jaki sposób) Kościół przyczyniał się i przyczynia do dyskryminacji kobiet? Chrześcijaństwo stanowi rzeczywiście źródło inspiracji wyzwolenia kobiet, nosi jednak również ślady kontekstu patriarchalnego, w którym powstało i żyje. Stwierdzenie, że również współczesny system społeczny jest patriarchalny (tzn. jest systemem władzy mężczyzn nad kobietami, formą hierarchii płci, która przenika wszystkie obszary życia społecznego i kultury), każe pytać, czy chrześcijaństwo pozostało wierne swej Dobrej Nowinie dla kobiet.

Kolejne istotne pytania feminizmu skierowane do Kościoła: czy Kościół zachowuje wierność podstawowemu przesłaniu o stworzeniu mężczyzny oraz kobiety na obraz i podobieństwo Boga (Rdz 1:27) i o tym, że w Chrystusie nie ma już mężczyzny ani kobiety (Ga 3:28), i czy te przesłania kazały Kościołowi dostrzegać i występować przeciwko niesprawiedliwości, jakiej przez wieki dokonywano na kobietach i jaka dotyka je dziś? Czy Kościół był i jest ewangelicznym „znakiem sprzeciwu” wobec grzechu seksizmu? Czy też można mu zarzucić, że przynajmniej przez milczenie, a więc niezauważanie problemu do dyskryminacji kobiet się przyczyniał? Czy Kościół sam był wiarygodnym znakiem, wzorem wspólnoty, która uznawała i uznaje równą godność swoich członków - bez względu na płeć? Czy nie przypisał jednym – kobietom – roli osoby podporządkowanej, pokornej, cichej, posłusznej, a drugim – mężczyznom – funkcji nadrzędnych, związanych z przewodzeniem, nauczaniem i podejmowaniem decyzji?[3]

Dużą częścią twórczości feministycznej w teologii jest właśnie, taki krytyczny dialog z istniejącą, uprawianą do niedawna niemal wyłącznie przez mężczyzn refleksją. Można z nie tak długiej historii teologii feministycznej odczytać tez próby jej pozytywnego ujęcia i jej wkład we współczesną chrystologię czy hermeneutykę.


Feministyczna teologia zauważa również, że chrześcijaństwo jawi się jako religia o wyraźnej przewadze symboliki męskiej w pojmowaniu Boga – objawienie Ojca dokonuje się dzięki objawieniu Syna. Zasadnicze pytanie chrystologiczne z perspektywy teologii feministycznej sformułowała prof. Rosemary Radford Ruether: Czy męski Zbawiciel może odkupić kobiety? Inaczej mówiąc: czy wyzwolenia z grzechu seksizmu może dokonywać Zbawiciel – Bóg wcielony w człowieku – mężczyźnie? O tym, że nie jest to pytanie banalne, świadczy jeden z podstawowych argumentów przytaczanych w debacie na temat święceń kapłańskich kobiet. Według deklaracji w sprawie możliwości dopuszczania kobiet do święceń kapłańskich” Kongregacja Nauki Wiary z 1976 roku brak „naturalnego podobieństwa”, które musi zachodzić między kapłanem a Chrystusem, wyklucza zeń kobiety: W sakramentalnym wyrażeniu roli Chrystusa w Eucharystii nie byłoby tego „naturalnego podobieństwa” między Nim a Jego kapłanem, gdyby roli Chrystusa nie spełniał mężczyzna. W przeciwnym wypadku, trudno byłoby powiedzieć, w czym kapłan jest obrazem Chrystusa. Tego rodzaju argument w ostatecznej konsekwencji może oznaczać wykluczenie kobiet z udziału w zbawieniu.

Cześć radykalnych chrystologii feministycznych kwestionuje uniwersalny i wyłączny charakter zbawczej roli Chrystusa, inne rozumieją Jezusa jako mężczyznę pełnego, integralnego (Hanna Wolf), inne podkreślają wyjątkowość relacji historycznego Jezusa i kobiet: On je wyzwala i uzdrawia.
Podstawowym pytaniem jest, jak pogodzić wyjątkowe znaczenie Jezusa Chrystusa i Jego dzieło zbawienia z praktyką kościelną nie wykluczającą kobiet.
.............................................
[1] Elżbieta Adamiak, Czego Kościół powinien nauczyć się od teologii feministycznej?, Więź 1(417), Warszawa 1998, s.91.
[2] Tamże, s. 92. [3] Tamże, s.95. [4] Tamże, s.96. [5] Tamże, s.97.

polskie refleksje nad feminizmem

Wczoraj wysłałam ankietę mojego znajomego badającą nastroje i poglądy kobiet nt. ich roli w życiu kościelnym, rodzinnym i społecznym. Jednocześnie siedzę godzinami i ściągam artykuły w j. ang. nt. teol. feministycznej, która od 30 lat kwitnie za naszymi granicami. I tutaj owe zestawienie nie jest przypadkowe. Boleje bowiem, że na polskim gruncie feminizm kojarzy się jedynie z lewackimi działaniami, a same kobiety nie uczestniczą szeroko w dyskursie społecznym, a cóż mówić o teologicznym. Teologia feministyczna w naszym kraju tli się jak mała zapałka w porównaniu do lasu ognia innych dziedzin teologii. A przecież mam poglądy prawicowe i jestem feministką. Wszyscy mnie pytają, czy to możliwe? Możliwe, niestety w naszym kraju-trudne. Chciałabym zmian i docenienia feminizmu przez kobiety w naszym pięknym kraju. Feminizm wniósł wiele zmian w psychologiczne i społeczne postrzeganie kobiety, w zauważenie jej dyskryminacji, redefiniował wiele paradygmatów społecznych i wywalczył nowe prawa ekonomiczno – społeczne dla kobiet. Feminizm jest szerokim ruchem, pod skrzydłami którego kryje się wiele społecznie dobrych i reformatorskich zmian, jednocześnie współegzystujących z rewolucyjnymi postulatami radykalnych odmian ruchu. Potrzeba dobrej znajomości tematu, by umieć wrażliwie spojrzeć na tą różnorodność i krytycznie ocenić jej wartość. Chrześcijaństwo powinno, moim zdaniem, podjąć daleko szerszy dialog z feminizmem by na polskiej scenie społeczno - opiniotwórczej być głosem nie tylko rozsądku, ale i twórczej alternatywy.

kilka myśli za JPII (Mulieris Dignitatem)

Jan Paweł II w Liście do kobiet postrzega dyskryminacje kobiety jako dziedzictwo grzechu i zestawia ją z grzechem niewolnictwa, tłumacząc to powagą walki z każdym grzechem, a sam grzech widząc w kontekście społecznym[1]. Papież nie neguje, że kobiety były spychane na margines i wprost sprowadzane do roli niewolnicy, jak również ubolewa nad tym, że w określonych kontekstach historycznych liczni synowie Kościoła nie stanęli na wysokości ideałów, jakie pozostawił nam Jezus Chrystus. Właśnie osoba Zbawiciela jest dla niego doskonałym przykładem mężczyzny, który żyjąc w czasach wyraźnego nierównouprawnienia mężczyzn i kobiet, żadnym słowem ani gestem nie lekceważył kobiety, bronił godności kobiet, nawet wtedy, kiedy grzeszyły. Chrystusowa „nowość” jest faktem, owocem odkupienia. Świadomość, że w małżeństwie istnieje wzajemne „poddanie małżonków w bojaźni Chrystusowej”(Ef 5:21), a nie samo „poddanie” żony mężowi, musi stopniowo przecierać sobie szlaki w sercach, w sumieniach, w postępowaniu, w obyczajach. Jest to wezwanie odnoszące się do wszystkich pokoleń, wezwanie, które ludzie muszą podejmować na nowo[2].
Jan Paweł II nawołuje, że nadszedł czas, aby mężczyźni robiąc rachunek sumienia z własnego antyfeminizmu, spojrzeli na liczne kłopoty z własną tożsamością jako skutkami tego grzechu. Jednocześnie JP II zwraca się do kobiet, aby były promotorkami „nowego feminizmu”, który nie ulega pokusie naśladowania modeli „maskulinizmu”, ale umie rozpoznać i wyrazić autentyczny geniusz kobiecy we wszystkich przejawach życia społecznego, działając na rzecz przezwyciężania wszelkich form dyskryminacji, przemocy i wyzysku[3]. Tym samym Papież nie boi się również krytycznie podjeść szczególnie do feminizmu radykalnego, w którym potrzeba równości przejawia się w agresji, a stosunek do mężczyzn przemienia się w walkę o panowanie. Krytykuje mówienie w feminizmie o wyzwoleniu od „przymusu biologicznej reprodukcji”, a moralność feministyczna sankcjonuje rozwód, przerywanie ciąży i postawę anty macierzyńską. Zamiast więc wolności, odpowiedzialności i miłości, w skrajnej literaturze feministycznej mówi się dzisiaj więcej o walce, agresji, dominacji[4].
„Nowy feminizm” Jana Pawła II to chrześcijański feminizm, który nastawiony jest na tworzenie, a nie tylko walkę. Sensem płciowości chrześcijańskiej, bowiem jest zdolność wyrażania bezinteresownego daru przez kobietę i mężczyznę, która to zdolność realizuje w pełni człowieczeństwo kobiety i mężczyzny[5]. Nowość papieskiego feminizmu wyraża się przede wszystkim w wydobyciu prawdziwego „geniuszu” kobiety. Analizując Stary Testament i przykład Chrystusa Jan Paweł II pokazuje, że kobiecość realizuje człowieczeństwo w takim samym stopniu jak męskość, choć w sposób odmienny i komplementarny. Dzięki wypracowanej przez siebie teologii ciała, papież potrafi włączyć biologiczną i psychiczną odmienność kobiety w takie rozumienie człowieczeństwa, które broni swej godności, ale nie nienawidzi; podkreśla swą oryginalność, ale nie dominuje; walczy o równouprawnienie, ale nie wyrzeka się powołania do macierzyństwa[6].
.............................................................
[1] ks. Ireneusz Mroczkowski, Nowy feminizm w nauczaniu Jana Pawła II, Więź 1(417), Warszawa 1998, s.13.
[2] Jan Paweł II, Mulieris Dignitatem, Wydawnictwo TUM, Wrocław 2004, s. 99.
[3] Jan Paweł II, Evangelium vitae, TUM, Wrocław 1995, s.183.
[4] ks. Ireneusz Mroczkowski, dz. cyt., s. 16. [5] Tamże, s.17. [6] Tamże, s.19.

środa, 26 marca 2008

kobieto - spotkaj niezwykłość, odmień się, rozkwitnij

Niezwykłe spotkanie - Mk 5, 21-34

(kazanie z dn. 15. marca 2008, parafia_Gdańsk)

Pochylmy się dzisiaj nad historią pewnej kobiety, której życie uległo całkowitej przemianie, dzięki spotkaniu z Jezusem. Poznajemy ją w chwili odrzucenia, samotności i lęku, by być świadkami niezwykłej przemiany i rozkwitu, dzięki interwencji Jezusa.

Ewangelista rysuje przed nami scenę, w której widzimy Jezusa wychodzącego z łodzi. Otacza go tłum ludzi. Wtem z pomiędzy tłumu przychodzi przełożony synagogi o imieniu Jair. Dostojnik religijny przypada Jezusowi do nóg. Niezwykłe, jak na religijnego przywódcę tamtych czasów, bowiem większość historii ewangelicznych ukazuje nam brak zrozumienia dostojeństwa religijnego wobec działalności Jezusa. Jak się dowiadujemy, Jair pada do nóg Jezusa błagać o zdrowie i życie swojej córeczki, o pomoc w jej uzdrowieniu. Jezus przystaje na jego prośbę i by mu pomóc, kieruje się do domu Jaira. Cały tłum podąża za nimi.

Wtem wydarza się coś, czego nie rozumieją ani uczniowie Jezusa, ani tłum. Jezus nagle pyta: Kto się dotknął szat moich? Uczniowie odpowiadają pytaniem na pytanie: Widzisz, że lud napiera na ciebie, a pytasz: kto się mnie dotknął?

Jezus nie zważając na swoich uczniów zaczyna się rozglądać, aby dostrzec w tłumie osobę, która go dotknęła. Możemy wyobrazić sobie reakcje tłumu: może niektórzy gestem, czy słowem zaprzeczają, że to nie ja, to nie my, część osób przezornie się odsuwa od Jezusa. Na pewno większość ludzi jest zdezorientowanych zachowaniem nauczyciela, nie wiedzą co zamierza, dlaczego tak docieka kto się dotknął jego szat?

W tym zamieszaniu uczestniczy jeszcze jedna osoba, która właśnie bije się z myślami, co zrobić, jak postąpić. Pewnie boi się reakcji Jezusa, reakcji tłumu... Nie znamy jej dylematów i myśli, jednak ewangelista opisuje, że z drżeniem i bojaźnią, które jednak w końcu przełamuje, wychodzi z tłumu i pada przed Jezusem, wyznając mu całą prawdę.

Nie tylko Jezusowi wyznaje ów całą prawdę lecz również tłumom gapiów, którzy przyglądają się całej scenie. Część tej prawdy poznajemy i my, dzięki relacji ewangelisty.

Cóż więc wyznaje kobieta, która dotknęła się szat Jezusa i którą chciał Jezus odszukać?

W wersecie 25. czytamy: pewna kobieta. Nie poznajemy do końca historii, nad jaką się dziś pochylamy, nawet imienia naszej bohaterki, w odróżnieniu od imienia Jaira, przełonego synagogi, o którym czytamy kilka wersetów wcześniej. Otóż owa anonimowa kobieta cierpiała na upływ krwi od dwunastu lat. Możemy wyczuć tutaj pewną powściągliwość ewangelisty, a może i nawet pewien wstyd, który jest dla nas wskazówką, że dotykamy tematu tabu. Gdyby bowiem chodziło o krwawiący nos, zapewne narrator by nas o tym poinformował. Tak więc: czym może być ów upływ krwi? Najprawdopodobniej chodzi o krew z pochwy, czyli krwawienie z dróg rodnych kobiety. Nasza bohaterka cierpiała więc na nieznane nam schorzenie, którego wynikiem był nieustanny upływ krwi. Dzisiaj ginekolodzy mogliby podać listę prawdopodobnych schorzeń, na które mogłaby cierpieć. Jednak wtedy medycyna nie była na tym samym poziomie. Warto tutaj zatrzymać się na chwilę, aby szerzej zarysować kontekst ówczesnej kultury, który pomija ewangelista.

Otóż w kulturze żydowskiej kobiety podczas menstruacji, jak i po porodzie (który odbywa się przy udziale krwi) były ograniczone pewnymi religijnymi restrykcjami. Tak, jak w innych antycznych czy nowożytnych społeczeństwach wynikały owe ograniczenia z powszechnych wierzeń, że krew zawiera w sobie życie (zob. Kpł 17,10-14; Pwt 12,23). Istniały również wierzenia, że przebywanie w pobliżu kobiety, która miała miesiączkę może sprowadzić śmierć. Mniej drastyczne w konsekwencjach, jednak istotne dla naszej dzisiejszej opowieści, były również przekonania, że obecność krwawiącej kobiety może cofnąć/ anulować charyzmatyczną moc cudu, czy innych nadprzyrodzonych działań. Podobne obawy istniały w poza żydowskiej kulturze, nawet pomiędzy wykształconymi elitami. W żydowskich źródłach możemy znaleźć przekonania, że miesiączka była spowodowana grzechem pramatki Ewy, a kobiety zostaną uwolnione z niej dopiero w nadchodzącym eschatonie.

Zastanówmy się teraz: jak czuje się kobieta, która rozumie miesiączkę, jak karę, nieszczęście, nieprzyzwoitość? Jak rozumie samą siebie, skoro co miesiąc dotyka ją „kara” od samego Boga?

Konsekwencją tabu związanego z miesiączkowaniem kobiet było ustanowienie dla nich kategorii „nieczystości religijnej” (zob. Kpł 15,19-31). Owe ustanowienia wyłączały kobiety z życia religijnego oraz społecznego, czy nawet rodzinnego. Siedem dni w miesiącu, dwanaście tygodni w roku... ile lat w ciągu życia?

Alienacja religijno-społeczna nie jest dobrym doświadczeniem w budowaniu poczucia własnej wartości. Nie da się ukryć, że pogłębia poczucie winy i rozumienie siebie w kategoriach „gorszych”. Bohaterka naszej historii cierpiała dwanaście lat na upływ krwi. Dwanaście lat izolacji społecznej i braku religijnej aktywności.

Warto dodać, że kobieta w tamtych czasach pozyskiwała lepszą pozycję społeczną jako matka. Znamy wypowiedź Racheli, żony Jakuba: Spraw, abym miała dzieci; bo inaczej przyjdzie mi umrzeć! (Rdz 30,1) Czy nasza bohaterka była żoną, czy miała dzieci? Czy mogła mieć dzieci? Nie wiemy. Możemy tylko przypuszczać, że jest to wątpliwe.

Dowiadujemy się, że kobieta ta wiele wycierpiała do lekarzy, na których opłacenie wydała znaczną część swojego majątku. Stan jej zdrowia zamiast ulec polepszeniu, pogorszył się. Nie dziwi taki obrót spaw, gdyż ówczesne praktyki uzdrowicielskie z takich przypadłości bardziej przypominały magiczne rytuały niż rzeczywiste leczenie dolegliwości. Każdy chory człowiek niesie ciężar własnej choroby, związane z nią lęki i cierpienia. Tak więc kobieta przez dwanaście lat doświadczała złudnych nadziei lekarzy, zapewnień o poprawie i szeregu rozczarowań.

Warto w tym momencie dodać, że ówcześnie powszechne były przekonania, że ludzie chorzy dostępują swoich cierpień w wyniku popełnionych złych występków, grzechów. Najwyraźniej możemy dostrzec taki sposób myślenia u przyjaciół Hioba, którzy nieszczęścia przypisują grzesznikom, a dostatnie życie sprawiedliwym. Również w NT spotykamy się z takim rozumowaniem, kiedy uczniowie pytają Jezusa: Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym - on czy jego rodzice? (zob. J 9,2)

W świetle narysowanego kontekstu widzimy, że nasza bohaterka jest osobą odrzuconą na wielu płaszczyznach: przez Boga w swoim mniemaniu (choroba, nieczystość religijna), przez społeczeństwo (temat tabu i towarzyszący mu strach), przez lekarzy (pochłonęli majątek).

W tym dramatycznym cierpieniu fizycznym i psychicznym, kobieta słyszy o Jezusie i podejmuje decyzję by zaryzykować. Ryzykuje - wychodząc na ulicę pośród ludzi, że zostanie rozpoznana jako nieczysta, ryzykuje - wchodząc między cisnący się tłum wokół Jezusa, że dotknie kogoś i „przekaże” nieczystość, ryzykuje w końcu - wyciągając dłoń w stronę nauczyciela. Możemy nawet odważyć się na stwierdzenie, że kobieta dokonuje swoistego „zamachu” na cudotwórcę. Owa desperacja jest wynikiem bólu, cierpienia i nowej iskry nadziei na zmianę, na uleczenie z choroby. Domyślić się możemy, że jej nadzieja i odwaga kłóci się w sercu kobiety z lękiem, obawami przed reakcją tłumu i nauczyciela. Nie odważa się oficjalnie prosić o uzdrowienie, jak czyni to chwilę wcześniej Jair – znany i poważany przywódca religijny. Przy nim, ona jest nikim. W głębi jej serca tli się jednak iskra nadziei, że choćby dotknęła szat Jezusa, zostanie uzdrowiona. Nie wiemy, jak długo się waha... Jednak w końcu przełamuje własne opory i wyciąga dłoń.

I dzieje się tak, jak sobie życzyła - zostaje uzdrowiona. Ów dotyk wyciągniętej dłoni jest mistycznym doznaniem, niezwykłym spotkaniem, w którym mimo napierającego tłumu, uczestniczą TYLKO dwie osoby: kobieta i Jezus. Jak przekazuje nam ewangelista – zarówno kobieta, jak i Jezus doświadczają zmiany: ona czuje moc uzdrowienia, Jezus – ze moc wyszła z niego.

Można krótko stwierdzić, że kobieta dostała, co chciała. Została uzdrowiona. Jednak Jezus nie chce jej tylko uzdrowić. Dokonuje czegoś, co przekracza jej oczekiwania i osobiste nadzieje. Nauczyciel sprawia, że kobieta dosłownie i symbolicznie: wychodzi z cienia tłumu - jej historia cierpienia, odrzucenia i beznadziei zostaje wysłuchana. Więcej – jej upokorzenie zostaje zrozumiane i nie doznaje potępienia, mimo religijnego prawa nieczystości. Ale to jeszcze nie koniec. Jezus wobec całego tłumu nazywa ją czule córką, błogosławi i pochwala jej wiarę. Sama zaś kobieta słyszy kojące słowa obietnicy, że zostaje wyleczona ze swojej dolegliwości.

Jezus dokonuje prawdziwego cudu miłości - cudu, który przemienia całe życie. Nie tylko ciało kobiety zostaje uzdrowione. Kobieta doświadcza akceptacji, czułości, uwagi i docenienia. Jej człowieczeństwo nabiera wartości, zostaje przywrócona społeczeństwu, które z powodu tabu, strachu i niewiedzy ją wcześniej odrzuciło.

wtorek, 4 marca 2008

samotność kobiety

Czytam właśnie artykuły nt. teolożek średniowiecznych, czyli głównie mistyczek oraz zakonnic, które ostatecznie beatyfikowano lub kanonizowano. Pomiędzy słowami, akapitami i w przestrzeniach ów dziesiątek, setek lat wraca niby z wiatrem czasu problem braku wzorców.
Kobiety wspaniałe, inteligentne, nieprzeciętne większość własnych sił poświęcały na walkę o prawo do istnienia. Ich działania były często oparte o intuicję i niepewność, same ze sobą toczyły walkę, by siebie rozumieć, akceptować... Nie miały wzorców kobiecej świętości, brakowało zwykłych symboli życia codziennego, które by transcendowały kobiecą rzeczywistość. Tak więc smutnie muszę nazwać te poprzednie wieki, jako wieki kobiecej samotności.
Tu chwila milczenia ku czci tych, o których sie nie dowiemy, a które były wspaniałe... i były wzorem.
Mam nadzieję, że uda mi sie zachęcić w swoim życiu choć kilka kobiet, aby zostały wzorem dla innych. Nie chodzi o jakieś platońskie idee, ale o wzór z krwi, kości, śliny, potu... o wzór, który potrafi łączyć i przeżywać immanencję z transcendencją, o kobiety, które potrafią docenić i wydobyć z siebie kobiecość.
Ja też potrzebuję takich wzorców, potrzebuję kobiet. W zasadzie ich niedosyt w moim życiu, motywuje mnie do mych działań.
Szukam, zachęcam, i odważnie stoję na przeciw wiatrom samotności...

niedziela, 2 marca 2008

a new one



Pierwszych słów kilka na nowym blogu:
od kilku lat interesuję się teologią feministyczną, odkąd się dowiedziałam, że taka dyscyplina istnieje... stąd ten blog.
WHY? Od dzieciństwa byłam związana ze wspólnotą chrześcijańską i odkąd pamiętam brakowało mi elementu kobiecego w religijności, nie podobał mi się nawet ów istniejący element i zawsze czułam się dyskryminowana jako kobieta w religii chrześcijańskiej.
Odbijała się owa rzeczywistość na mojej tożsamości religijnej, która zawsze była niepełna, niedookreślona. Tym samym wykształciłam w sobie charakter buntu, aby ów dookreślenie spolaryzować i podkreślić. Pozycja "opozycji" jest rewelacyjnym sposobem radzenia sobie z własnym "ja", które myśli inaczej, niż reszta społeczeństwa. Niestety bez dogłębnej analizy, a wręcz psychoanalizy, może się ów postawa zemścić na właścicielu, dlatego nie polecam. Istnieje bowiem w nas samych pod przykrywką buntu jeszcze taka płaszczyzna podświadomych wartości, które negowane świadomie, mogą "odbić się" w postaci niesprecyzowanych lęków i psychosomatycznych objawów.
Wracając do teologii feministycznej. Otóż chrześcijaństwo, mimo pięknych idei i rewelacyjnych wartości, posiada stronę praksis, czyli tzw. rzeczywistość codzienna. Owa rzeczywistość marginalizuje kobiety na wielu płaszczyznach. 1) przede wszystkim w nauczaniu Kościoła nierówno rozłożone są pierwiastki kobiece i męskie: wzorce, przykłady, symbole, metafory, nauczyciele, język, idee - są przesiąknięte dominującym elementem płciowości męskiej
2) hierarchia i przywództwo w Kościele to domena i dyktatura męska
Wystarczą te dwa czynniki, aby teologia chrześcijańska została zdominowana i niebezpiecznie spolaryzowana przez męski element płciowości, którego trudno uniknąć w twórczości, zarówno piśmiennej, ideologicznej, jak i praktycznej-zaangażowania, współpracy itp.

Kobiety sobie radzą w owej rzeczywistości już tysiąclecia, więc nie chcę budować owego obrazu zbyt drastycznie. Niemniej martwi mnie nie tylko mój problem z tożsamością religijną, ale również takie zjawiska, jak "zakompleksienie" kobiet, ich dyskryminacja wobec własnej płci (!-tak, tak!!!), podtrzymywanie mizygonicznych poglądów powołując się na Pismo Święte i w końcu dyskryminacja naprawdę zdolnych i inteligentnych teolożek, jedynie ze względu na ich płeć.

Są inne czynniki niż jedynie dyskryminacja społeczna, które ograniczają twórczość kobiet. Ich poświęcenie na polu budowania rodziny, macierzyństwo itp. po prostu kosztują cenny czas, który jest ważnym czynnikiem w twórczości naukowej, czy zaangażowaniu społecznym. Tego samego zjawiska doświadczają mniej zamożni teolodzy, którzy muszą pracować zawodowo na utrzymanie rodziny, a praca naukowa, nie jest tym głównym, dochodowym zajęciem. Najbardziej uprzywilejowani są dzisiaj zakonnicy, którzy uszczęśliwieni są różnymi stypendiami i możliwościami pracy naukowej, jako swojego głównego zajęcia i powołania w służbie Kościołowi.

Niemniej jednak nawet jeżeli kobiety nie są tak płodne na polu naukowym, z uwagi na ograniczenia, należy ich wkład zauważyć, docenić, podkreślić. Te dowartościowanie pomoże społecznie legitymować ich działalność i twórczość. Doda więc skrzydeł tym, które jeszcze nieśmiało i niepewnie odnoszą się do własnych poczynań.

Ten blog ma zachęcać, zadawać trudne pytania i inspirować.
Kobiety, myśl do przodu!
(w opozycji do powiedzenia "Kobiety, pierś do przodu!" - sądzę, że myślą zdziałamy więcej, niż tylko samą piersią :))